Wiadomości

stat

Wartburgiem przez Europę do St.Tropez

Bohaterem czwartego odcinka z cyklu "Motoklasyka" nie jest ani unikatowy, ani ładny, a tym bardziej drogi samochód. To niemiecki "kanciak", czyli dobrze znany Wartburg 1.3. Przestronne auto doskonale radzi sobie w miejskiej dżungli, a do tego jest tanie w eksploatacji i (w miarę) niezawodne. Prezentowany egzemplarz niedawno wrócił z siedmiodniowej wyprawy po Europie, podczas której wykręcił ponad 5 tys. km. Wrócił cały i zdrowy, dodajmy.



Dwusuwowy silnik o niewielkiej mocy, którego synonimem była "awaryjność" oraz przestarzała stylistyka auta - tak w wielkim skrócie można opisać Wartburga 353, poprzednika modelu 1.3. Pod koniec lat 80. sprzedaż tej generacji wyraźnie pikowała. Słaby popyt na to auto nie może specjalnie dziwić, bo przecież w tym czasie na rynku dostępne były już samochody, które prezentowały się zdecydowanie korzystniej, a dodatkowo mogły pochwalić się lepszymi osiągami i bogatszym wyposażeniem. Tymczasem Wartburg jakby wyhamował, jeszcze w latach 70.

Niemiecki producent szukał recepty na ratowanie swojej marki. Wpadł na pomysł zrewolucjonizowania modelu 353. Ostatnią deską ratunku miał być Wartburg 1.3, którego produkcja rozpoczęła się w 1988 roku. Przypomnijmy, że dwa lata później doszło do zjednoczenia Niemiec. Wydawałoby się zatem, że był to dobry czas na wyciągnięcie z kryzysu fabryki w Eisenach (NRD). Jak się później okazało - wcale nie był. Można by zatem napisać, że wraz z upadkiem muru berlińskiego... upadł też Wartburg. Chociaż przyczyn porażki producenta należałoby szukać zdecydowanie wcześniej, przy poprzedniej generacji.

Wartburg 353 - poprzednik modelu 1.3.
Wartburg 353 - poprzednik modelu 1.3. fot. Łukasz
10 kwietnia 1991 roku, po wyprodukowaniu ponad 150 tys. egzemplarzy modelu 1.3, z taśmy produkcyjnej zjechał ostatni Wartburg. Obiekt w Eisenach został przejęty przez koncern General Motors, który definitywnie zamknął produkcję tego auta. Co ciekawe, kilka lat temu włodarze Opla całkiem poważnie myśleli o wskrzeszeniu Wartburga. Jednak do reaktywacji nie doszło.

- Wartburg 1.3 miał być odpowiedzią na coraz to nowocześniejsze samochody napływające z zachodu. Kołem ratunkowym był silnik zapożyczony od Volkswagena Golfa II, który zastąpił awaryjną i przestarzałą jednostkę montowaną w 353. 3-cylindrowy dwusuwowy silnik o pojemności 1 litra odszedł do lamusa. Postanowiono na 4-cylindrowe czterosuwowe 1.3 o mocy 58 KM. I to tak naprawdę była najważniejsza zmiana i dobry ruch producenta, który powinien zostać wykonany zdecydowanie wcześniej - tłumaczy Łukasz Gerigk, współwłaściciel auta.
Motoklasyka: Volvo P1800

Wartburg 1.3 należący do Wojtka i Łukasza ma już 27 lat, a mimo to, sprawuje się bez zarzutów.
Wartburg 1.3 należący do Wojtka i Łukasza ma już 27 lat, a mimo to, sprawuje się bez zarzutów. fot. Michał Jelionek / Trojmiasto.pl
Jaki jest Wartburg 1.3? To samochód przede wszystkim przestronny, tani w eksploatacji i niezawodny. To auto, które lubi iść, a może bardziej jechać pod prąd. Świadczyć o tym mogą nieszablonowe rozwiązania zastosowane w tym modelu. Rozwiązania, których raczej nie spotyka się w innych samochodach. Lista ciekawostek, które skrywa Wartburg, jest całkiem długa. To chociażby rzadko spotykana w autach osobowych rama, na której Wartburg został zbudowany. Ale to nie koniec.

- Takich kruczków jest w tym aucie więcej, a jednym z nich są klamki. Osoby podróżujące Wartburgiem pierwszy raz mają spore problemy z opuszczeniem samochodu. Klamki nie działają standardowo, należy ją najpierw pociągnąć do siebie, a następnie skierować w dół, dopiero wówczas drzwi się otworzą. Kolejnym ciekawym rozwiązaniem są rygle tylnych drzwi, które działają odwrotnie niż w innych autach - wciśnięte w dół odblokowują zamek, wyciągnięte do góry zamykają - wylicza.
Wartburg 1.3 i Ferrari 512 Testarossa. Obie "perełki" pochodzą z 1990 roku.
Wartburg 1.3 i Ferrari 512 Testarossa. Obie "perełki" pochodzą z 1990 roku. fot. Łukasz
Co ciekawe, Wartburg ma w sobie naparstek... Porsche. A mówiąc dokładniej, stacyjkę zlokalizowaną po lewej stronie kolumny kierowniczej. Prekursorem takiego rozwiązania było właśnie Porsche, które montowało stacyjkę po lewej stronie w modelach startujących w długodystansowych wyścigach Le Mans. Kierowca, który wsiadał do auta, uruchamiał silnik lewą dłonią, a prawą wrzucał bieg. Wszystko po to, aby uzyskać czasową przewagę nad rywalami. Pytanie tylko, w jakim celu takie rozwiązanie zastosowano w Wartburgu?

- Tego, niestety, nie wiem. Trzeba jednak przyznać, że Niemcy stworzyli samochód przestronny i wygodny. Spokojnie można nim podróżować na dłuższych dystansach. Pewnie wiele osób się z tym nie zgodzi, ale uważam, że jest to zdecydowanie bardziej komfortowe i ciekawsze auto od Fiata 125p - przyznaje Łukasz.
I rzeczywiście, należy przyznać, że zawieszenie Wartburga potrafi efektywnie tłumić nierówności, co przekłada się na komfort podróżowania. Komfortowe natomiast nie jest pokonywanie zakrętów. Przez wysoko umieszczony środek ciężkości pojazd mocno się przechyla i jest raczej mało stabilny. Samo prowadzenie auta można porównać do treningu na siłowni. Brak wspomagania układ kierowniczego i topornie działające hamulce wymagają od kierowcy użycia sporej siły.

Motoklasyka: Citroen 2CV

Załoga Wartburga tuż przed Saint-Tropez.
Załoga Wartburga tuż przed Saint-Tropez. fot. Łukasz
Prezentowany Wartburg należy do Wojtka i Łukasza, miłośników starszej motoryzacji.

- Kilka lat temu, dokładnie w 2013 roku, wyciągnęliśmy ten samochód z garażu pierwszego właściciela. Auto miało niewielki przebieg, około 60 tys. km. Było naprawdę w bardzo dobrym stanie. Wartburg wymagał delikatnej korekty zawieszenia, a z czasem zainwestowaliśmy w nową, 5-biegową skrzynię oraz instalację gazową. Samochód kosztował 3 tys. zł - zdradza właściciel.
Od momentu zakupu auto trzykrotnie brało udział w wyprawach na południe Europy. W roku 2013 panowie wybrali się do Lipna w Czechach na zlot Trabantów. Na imprezę dojechali trochę okrężną drogą...

- Pomyliliśmy Lipna. Okazało się, że właściwa miejscowość znajduje się na południu, a nie na północy Czech. Musieliśmy nadrobić kilometrów, przemierzając cały kraj. A jako że właściwe Lipno od Adriatyku dzieliło jedynie 500 km autostradą, postanowiliśmy zrobić sobie spontaniczną wycieczkę i wykąpać się w morzu - wyjaśnia Wojtek.
Tak wyglądała trasa ostatniej podróży.
Tak wyglądała trasa ostatniej podróży. fot. Łukasz
Rok później panowie powtórzyli 4-dniową eskapadę. Ponownie udali się na zlot do Lipna i ponownie zahaczyli o Adriatyk. W każdej z wypraw pokonali po 3300 km. Trzecia wycieczka odbyła się w roku 2016. Tym razem motywem przewodnim podróży był Żandarm z Saint-Tropez. Czteroosobowa załoga postanowiła podążyć śladami komediowego Ludovica Kruchot i odwiedziła miasto na Lazurowym Wybrzeżu.

- Wycieczka trwała siedem dni. Na całe szczęście obyło się bez spektakularnych przygód. Po przejechaniu 1,5 tys. km, po przeprawie przez austriackie Alpy, musieliśmy wymienić klocki hamulcowe, bo ulotniły się do atmosfery - śmieje się Łukasz.
Załoga Wartburga w tydzień pokonała ponad 5 tys. km. Dzielny "kanciak" zwiedził m.in. Berlin, Monachium, Innsbruck, Genuę, Monako, Niceę, Wenecję, Salzburg i Pragę. Panowie już teraz planują kolejną wyprawę.

Motoklasyka: Austin Seven

Skrót wyprawy Wartburgiem do St.Tropez.

Jesteś właścicielem nieprzeciętnego pojazdu z ciekawą historią? Pochwal się swoją perełką i zgłoś się do nas. Wyślij krótki opis auta z załączonym zdjęciem na adres e-mail: moto@trojmiasto.pl

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (61)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia