Wiadomości

stat

Brzydkie kaczątko i puszka konserwy z Francji

Motoklasyka: Citroen 2CV

Kaczuszka, puszka konserwy, cytrynka, dwa konie, metalowy ślimak, żaba, żelazne łóżko czy Jaguar dla studentów - to najpopularniejsze przydomki samochodu, na którego punkcie oszalał cały świat. Przez 41 lat produkcji sprzedano ponad 5 mln egzemplarzy Citroena 2CV. Przedstawiamy wam historię jednego z nich, należącego do przesympatycznego małżeństwa z Sopotu, pasjonatów klasycznej motoryzacji, Anny i Marka Gutów.



Niezbyt skomplikowana konstrukcja, niewielkie koszty produkcji i tania eksploatacja - innymi słowy, samochód na każdą kieszeń. To przepis na sukces francuskiego producenta, który dość przypadkowo stworzył jedno z bardziej kultowych aut w historii motoryzacji. Niegdyś auto dla mniej zamożnych Francuzów, dziś marzenie wielu pasjonatów zabytkowych samochodów. To fenomen topornego Citroena, który skradł serce milionom osób na całym świecie. I chyba nie pomylę się, jeśli napiszę, że całe piękno 2CV tkwi w jego... prymitywności. Wróćmy jednak do samego początku.

Historia Citroena 2CV rozpoczęła się w latach 30. Ówczesny wiceprezes firmy, Pierre-Jules Boulanger, postanowił zbudować auto budżetowe. Rzucił do swoich pracowników hasło: quatre roues sous un parapluie, co w tłumaczeniu z języka francuskiego oznacza "cztery koła pod parasolem". Samochód - jak sam podkreślał dyrektor generalny Citroena - miał pomieścić cztery osoby i 50 kg ziemniaków, rozpędzać się do 60 km/h, niewiele palić, a do tego zapewniać komfort podróżującym.

Do sierpnia 1939 roku udało się zbudować 250 prototypów, które nazwano TPV. Prezentacja seryjnego egzemplarza miała odbyć się podczas salonu samochodowego w Paryżu. Niestety, z powodu wybuchu wojny do pokazu nie doszło.

- Francuzi obawiali się przejęcia projektu auta przez okupantów. Dlatego kilka prototypów skrzętnie ukryli w przedziwnych miejscach. Pozostałe zniszczyli. Bywało, że samochody po kilkudziesięciu latach odnajdywano np. w piętrowych stodołach. Niestety, Niemcy przechwycili część dokumentacji, którą wykorzystali do produkcji swoich aut. Jednym z nich był VW Garbus - wyjaśnia Marek Gut, właściciel auta.
Tak wyglądał prototyp Citroena 2CV przed wojną.
Tak wyglądał prototyp Citroena 2CV przed wojną. fot. Citroen
Lista zamówień Citreona 2CV była tak długa, że niektórzy musieli czekać nawet 5 lat na swój wymarzony samochód. Auto dodatkową popularność zyskało dzięki dwóm filmom, w których wzięło udział. Mowa oczywiście o przygodach francuskiego żandarma z Louisem de Funes w rolach głównych, a także Jamesa Bonda, którego zagrał sam Roger Moore
Przez cały okres trwania okupacji firma miała związane ręce i nie mogła zaprezentować światu swojego nowego modelu. Przymusowa przerwa wyszła jednak na dobre Citroenowi, bo dzięki niej konstruktorom udało się udoskonalić prototyp. Późniejsza, powojenna wersja 2CV dość mocno różniła się od pierwotnego konceptu. Model doposażono w m.in. dwa reflektory, dwie wycieraczki przedniej szyby, kierunkowskazy oraz rozrusznik elektryczny.

Co się odwlecze, to nie uciecze. Auto, które oficjalnie otrzymało nazwę 2CV (2 konie podatkowe), zadebiutowało 6 października 1948 roku w Paryżu. "Kaczucha" z marszu stała się sensacją salonu samochodowego. Pomimo drwiących opinii wielu osób z branży, samochód spotkał się z gigantycznym zainteresowaniem klientów, którzy dosłownie zasypywali dealerów zamówieniami.

- Lista zamówień Citroena 2CV była tak długa, że niektórzy musieli czekać nawet 5 lat na swój wymarzony samochód. Auto dodatkową popularność zyskało dzięki dwóm filmom, w których wzięło udział. Mowa oczywiście o przygodach francuskiego żandarma z Louisem de Funes w rolach głównych, a także Jamesa Bonda, którego zagrał sam Roger Moore - dodaje.
Produkcja ruszyła kilka miesięcy po premierze. W pierwszym roku wyprodukowano niespełna 900 sztuk. Jednak lawinowo rosnąca lista zamówień wymusiła na producencie zwiększenie wydajności. I tak, po jakimś czasie, dziennie produkowano 400 egzemplarzy, a w 1954 roku produkcja przekroczyła już 52 tys. aut. W momencie swojego debiutu, 2CV było najtańszym nowym samochodem we Francji. Kosztowało 352 100 franków.

Motoklasyka: Volvo P1800

Anna i Marek Gut - zapaleni pasjonaci klasycznej motoryzacji, założyciele stowarzyszenia Classic Moto Story.
Anna i Marek Gut - zapaleni pasjonaci klasycznej motoryzacji, założyciele stowarzyszenia Classic Moto Story. fot. Michał Jelionek / Trojmiasto.pl
Na punkcie popularnej "cytrynki" zwariowała nie tylko Francja, bo przecież 2CV z powodzeniem sprzedawano w ponad 70 krajach na całym świecie. I co kraj, to inny przydomek. Niemcy filigranowego Citroena okrzyknęli "kaczką", Anglicy "metalowym ślimakiem", a Hiszpanie "dwoma końmi". W ciągu 41 lat produkcji sprzedano ponad 5 mln egzemplarzy 2CV w różnych wersjach (z czego 3,8 mln stanowił najpopularniejszy wariant osobowy). To wielki sukces francuskiego koncernu.

- Pierwsze Citroeny 2CV zjechały z taśmy montażowej w 1949 roku, a ostatnie w 1990 roku. Przez te wszystkie lata samochód sukcesywnie ulepszano, powstało wiele wersji nadwozia. I choć pojazd wyraźnie ewoluował, to jego sylwetka przez dziesiątki lat nie uległa zmianie - zdradza właściciel Citroena 2CV.
Początkowo samochód był oferowany z 2-cylindrowym silnikiem "bokser" o pojemności 375 cm sześć. i zatrważającej mocy... 9 KM. Z czasem Francuzi zwiększyli objętość skokową do 425 cm sześć., a moc do 12 KM. Najmocniejszą jednostką napędową 2CV w historii był silnik o pojemności 0,6 litra i mocy 24 KM, który wprowadzono do oferty w 1967 roku. I właśnie w taki motor został wyposażony Citroen państwa Gutów.

- 2CV nigdy nie było demonem prędkości. Muszę się jednak przyznać, że kiedyś moim egzemplarzem "wykręciłem" prędkość 120 km/h. Licznik został zamknięty, dosłownie. Nie było to do końca bezpieczne, bo przecież samochód nie ma żadnych zabezpieczeń, a do tego jest bardzo lekki. Przy mijaniu ciężarówki niemal wznosi się w powietrze - śmieje się pan Marek.
Rzeczywiście, 2CV waży niespełna 600 kg.

"Cytrynka" zrobiła prawdziwą furorę w filmie "Żandarm z Saint Tropez".
"Cytrynka" zrobiła prawdziwą furorę w filmie "Żandarm z Saint Tropez". fot. Michał Jelionek / Trojmiasto.pl
I może nie podróżowało się tym samochodem szybko, ale za to na pewno bardzo komfortowo. 2CV wyposażono w fenomenalne, bardzo miękkie zawieszenie, które doskonale radzi sobie na nierównościach oraz w zakrętach (koła samochodu zawieszone na pojedynczych wahaczach wzdłużnych). Elementem sprzęgającym koło przednie i tylne po każdej stronie pojazdu jest zespół poziomych sprężyn w obudowie cylindrycznej. Brzmi skomplikowanie, ale efekty naprawdę są powalające.

- To zawieszenie jest mistrzostwem świata. Siedząc w 2CV czujemy niezwykłą miękkość, a samochód dosłownie płynie po drodze. Auto fenomenalnie przechyla się w zakrętach, co daje kierowcy jeszcze większą frajdę z jazdy - dodaje.
W surowym wnętrzu auta próżno szukać wynalazków. Wyposażenie jest - delikatnie mówiąc - bardzo ubogie. Nas najbardziej zaciekawiły elementy "klimatyzacji" Citroena. Mowa oczywiście o uchylanym wlocie powietrza znajdującym się pod przednią szybą, a także bocznych oknach, które otwierają się... do góry. Nie można również zapomnieć o płóciennym dachu, którego ręczne zwijanie wielu osobom przypomina... otwieranie puszki sardynek.

Motoklasyka: Austin Seven

Pomimo surowości, wnętrze Citroena 2CV ma swój urok.
Pomimo surowości, wnętrze Citroena 2CV ma swój urok. fot. Michał Jelionek / Trojmiasto.pl
Citroen 2CV Charleston państwa Gutów został wyprodukowany w 1986 roku, a w ich ręce trafił w roku 2000.

- Przebywałem wówczas w Hamburgu. Kolega zaproponował mi zakup nieszablonowego auta. Powiedział, że albo się zakocham w tym samochodzie, albo popukam w czoło. I rzeczywiście, 2CV od pierwszego spojrzenia wywarł na mnie ogromne wrażenie. Muszę przyznać, że trochę się wahałem przed zakupem. Taką kartą przetargową okazała się... korba. Pokazano mi, jak przy pomocy właśnie korby można odpalić 2CV. Po tym widoku już wiedziałem, że wracam "cytrynką" do Trójmiasta - wspomina pan Marek.
Auto nie wyglądało tak, jak dziś. Wymagało sporego wkładu pracy, no i oczywiście pieniędzy. Od strony mechanicznej 2CV prezentował się bardzo dobrze, w zdecydowanie gorszym stanie była karoseria pojazdu. Kilka miesięcy po sprowadzeniu auta do Polski samochód odzyskał blask.

- Wiosną następnego roku świętowaliśmy z Anią naszą 5. rocznicę ślubu. I tak jakoś pięknie się złożyło, że właśnie na tę rocznicę sprezentowałem 2CV mojej małżonce - zdradza pan Marek.
- Posiadanie Citroena 2CV zawsze było moim marzeniem. Jednak jak to z marzeniami bywa, te zawsze pozostają w sferze marzeń. Mąż sprawił mi przepiękny prezent - dodaje pani Ania.
Z pewnością zastanawiacie się, ile dziś może kosztować samochód, na którego w przeszłości stać było wielu, nawet tych mniej zamożnych. Odpowiedź nie jest prosta, bo jak jednogłośnie powtarzają państwo Gutowie - ten samochód jest z nimi na dobre i na złe, nigdy nie zastanawiali się nad jego wartością, bo 2CV nie jest i nie będzie na sprzedaż.

I choć w dalszym ciągu po całej Europie "brzydkich kaczątek" jeździ całkiem sporo, to spotkać na drodze 2CV w tak pięknym stanie - to rarytas. Gratulujemy wspaniałego egzemplarza, a przy okazji składamy najserdeczniejsze życzenia urodzinowe panu Markowi, który właśnie 3 lutego obchodzi swoje święto.

Na kolejny odcinek Motoklasyki zapraszamy w piątek, 3 marca.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (35)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia